Dzień dobry, nazywam się Marek Dycz i jestem emerytowanym Strażnikem Granicznym.
Zduństwo, a raczej kontakt z ogniem zaczął się mniej więcej w czasach mego dzieciństwa, które często spędzałem u Dziadków w Starej Hańczy. Może niektórzy z Was pamiętają jeszcze zielony stary domek z ogrodem pełnym różnorodnych kwiatów i te malwy aż do nieba.
Mieszkam w Żelazkowiźnie. Dzisiaj z Żoną Marzeną mamy i taki ogród, i taki stary dom, i takie malwy aż do nieba… I kuchnię fajerkową.
To może nie będzie historia o kaflach i narzędziach zduńskich, a raczej o ogniu i naszym przywiązaniu do niego.
Kuchnia kaflowa – zapachowe DNA twojego domu
Wspomniany we wstępnie rytuał rozpalania ognia przez Dziadka utkwił mi bardzo głęboko w pamięci. Trzask palącego się drewna i zapach żywicy z drewna mieszający się ze specyficznym zapachem rozgrzewających się na kuchni fajerek. Każdy z Was na pewno wyczuwa woń rozgrzanego żelazka. Wydziela ono wtedy zapachy tkanin, z którymi miało wcześniej kontakt. Podobnie jest z kuchnią fajerkową. Ona zapamiętuje zapachy – gospodyni posiadająca taką kuchnię może zaprogramować jej zapach, takie DNA kuchni. U mojej Babci było ono baaardzo rozbudowane. Już sam zapach gorących fajerek nie dawał spać, a co dopiero gdy wstawiła patelnię i zaczęła smażyć jajecznicę ze szczypiorkiem i skwarkami! Wtedy to już całkiem nie było mowy o spaniu. Wstawałem i patrzyłem na skaczące nad rusztem paleniska iskry i wesoły płomień pod patelnią. Smak tych potraw jest niezwykły i pomimo tego, że do późna w nocy siedzieliśmy z braćmi przy ognisku i zawsze coś piekliśmy na kiju prawie do rana, człowiek widząc te potrawy na kuchni, znów stawał się głodny jak wilk.

Od dziadkowej kuchni do własnego pieca, czyli o tym, jak zostałem zdunem
Wróćmy do iskierek i wesołego płomienia pod patelnią. Zazwyczaj był wesoły i cieplutki, ale zdarzało się, choć niezbyt często, że stawał się smutny, taki ociężały i taki ciemniejszy. Wtedy Babcia wołała Dziadka: Antoni, chodź zobacz, co się dzieje.
No i wtedy Dziadek Antoni, Antoni Dycz 007, brał swój młoteczek zduński, wiadro gliny z piaskiem i robił cuda-wianki na kiju. A ja patrzyłem… Jak sroka w kość.
Po zabiegach Dziadka w kuchni znów tańczył wesoły ogień.
No i to było chyba wtedy… Załapałem, nieświadomie nawet, bakcyla zduństwa.
W późniejszych latach podpatrywałem Dziadka i Tatę, jak budują lub remontują kuchnie i piece innym ludziom. I to jak wraca radość płomieni w paleniskach, a wraz nimi pojawia się radość na twarzach ludzi.
Życie toczyło się dalej… Nadeszły czasy nieprzychylne dla pieców i kuchni kaflowych, co spowodowało, że i zdunów w okolicy było coraz mniej. Nikt nie chciał się uczyć w tym kierunku, ponieważ zapotrzebowanie na takie usługi było bardzo małe. Ale ja zawsze chciałem mieć taką kuchnię. Podczas remontu kuchni zbudowaliśmy z Tatą nową, nie kaflową wprawdzie, ale jednak fajerkową, która służyła nam przez wiele lat. Na przestrzeni lat zbudowaliśmy z Tatą kilka pieców dla ludzi, którzy tego potrzebowali. Piec to niedrogie, wygodne w eksploatacji urządzenie i bardzo efektywne, ale pod warunkiem, że jest skonstruowane zgodnie ze sztuką. (Ciągle Go podpytywałem o szczegóły i tajniki rozwiązań, których jest bardzo wiele.) A do tego daje dużo radości i ciepła.
O ognistej duszy pieca, czyli kiedy piec działa, dom żyje
Przeczytam Wam cytat z książki Poszarpane granie Wita Szostaka:
Bo widzisz, synuś, piec to jakby dusza całego domu, całej chałupy. Stawia się go, jak chałupa już gotowa. Podobnie jak w skrzypeczkach, gdzie też na sam koniec duszę skrzaty ustawiają. I nie cieśle piece robią, ale zduni, wędrujący podobnie jak skrzaty i równie mało gadatliwi. Od pieca ciepło na izbę idzie, tak samo, jak u człeka. Kiedy dusza w nim siedzi, to z nią i życie, i ciepło. A kiedy uleci, to życia nie ma i chłód wieczny nadchodzi.
Szczególnie na wsi jesteśmy uzależnieni od ognia i jego dobroczynnego oddziaływania na nasze ciała. Posiadanie takiej kuchni czy pieca daje nam poczucie bezpieczeństwa w czasie ciężkich zim i okresów złej aury, kiedy linie energetyczne są pozrywane i nie mamy prądu. Tu w naszej małej Ojczyźnie dosyć często tego doświadczamy. I choć nie ma wtedy dostępu do internetu i telewizji, jest ciemno, ale bardziej tak... miło. Pali się ogień pod kuchnią. Gdzieś w otoczeniu palą się świece, a my siadamy do stołu, aby zagrać w tysiączka w karty lub jakieś gry planszowe. A Babcia Jasia opowiada historie jak to onegdaj było : ). Tylko dojenie krów takie inne, w półmroku, intymne…
Ale jakby spokojniejsze, dla nas i dla zwierząt.
Wracając do cytatu: I nie cieśle piece robią, ale zduni, wędrujący podobnie jak skrzaty i równie mało gadatliwi. Ja wpisuję się w ten opis niemal w stu procentach. Znajomi, a w szczególności Żona, raczej potwierdzą, że wylewny nie jestem.
Ale lubię patrzeć na ogień i na to, jak uszczęśliwia innych.

Remont pieca, czyli kiedy dom zaczyna znowu oddychać
Historia z życia: Wszedłem do domu znajomych. Tam od zawsze był problem z piecem, ale jakoś do tej pory funkcjonował. Lecz tego dnia sytuacja była naprawdę kiepska. Chałupa pełna dymu i ziąb na zewnątrz. No i szybka decyzja, co z tym robić. Znalazła się glina, piasku nie brakowało w okolicy. Ale co z kaflami? Czy znajdziemy jakieś, żeby załatać dziury po tych spękanych, które musimy wyrzucić. Są, znalazły się w stodole. No to akcja!
Po dwóch godzinach wytężonej pracy sprzątanie i rozpalamy piec kuchenny…
Znacie to uczucie, kiedy ktoś daje Ci łzy? Łzy szczęścia? Często łzy szczęścia dają nam dzieci, gdy przeżywają jakiś swój ogromny dramat. Na przykład wtedy, gdy upadnie im lizak na ziemię i z pomocą dziecku przychodzi MAMA – oblizuje lizaka i z powrotem daje go Dziecku, a ono oddaje jej właśnie takie łzy.
Rozpaliliśmy piec. Wesoły płomień pojawił się pod blatem kuchennym. W czajniku, który stał na nim zagotowała się woda… I dostałem łzy… łzy szczęścia… To było dla mnie największe podziękowanie od Matki gospodarza. Nigdy bowiem nie paliło się tym piecu, jak w tamtej chwili. Nigdy nie można było doprowadzić wody do wrzenia. Taki uśmiech przez łzy pamięta się zawsze…
Czytaj także: Renowacja pieca kaflowego
Żywicielka rodziny, czyli o tym, jak przywróciliśmy życie kuchni kaflowej z piekarnikiem
Kolejna historia: Panie Marku, proszę o ratunek. Puściła wężownica w kuchni, zalało mi kuchnię. Był hydraulik wymienił podkowę, ale kuchnia rozwalona! Proszę mi pomóc.
Na miejscu okazało się, że sytuacja faktycznie nie jest najlepsza Tak naprędce trudno byłoby to ogarnąć w jeden dzień, ale do późna w nocy udało się uruchomić kuchnię, aby ogrzać dom i wodę użytkową dla wnucząt, które nie wyobrażają sobie weekendu bez Babci i jej ciepłego "mureczka". Umówiliśmy się, żeby rozszerzyć remont kuchni o wymianę piekarnika blaszanego. Nie był używany od wielu lat ze względu na bardzo zły jego stan. Za jakiś czas pojechałem dokończyć remont. Wymieniając piekarnik, wysłuchałem historii o tym, jak to wykarmił jej rodzinę i dzieci. Był cały czas w użyciu. No i przyszło nowe…
Nowa obudowa piekarnika dała mu nowe życie, a ja za kilka dni w podzięce otrzymałem w wiadomości zdjęcie pięknie wypieczonej babki ziemniaczanej ze słowem: Dziękuję.
Towarzysz życia, czyli o czyszczeniu pieca kaflowego
I z tak nieodległej przeszłości: Panie Mareczku, proszę o pomoc. Piec mi strasznie dymi. Jest zimno w domu. Proszę o ratunek.
Umówiliśmy się na najbliższe popołudnie. Z racji tego, że było to bardzo wczesną wiosną, dzień był krótki… Przyjechałem pod wskazany adres. Już z daleka było czuć zapach dymu, którym przesiąkł dom. Starsza Pani, która miała duże problemy z chodzeniem, prowadzi mnie, a raczej mówi, dokąd mam iść. Ona w swoim możliwie szybkim tempie podąża za mną. W jej pokoju stał piec, całkiem ładny. Był jednak straszliwie okopcony. Zapytałem dlaczego, tak się dzieje. Pani odpowiedziała, że piec był czyszczony przed rokiem, ale niewiele to pomogło. A teraz jest bardzo źle.
I tak właśnie było. Zajrzałem do wnętrza pieca. Było fatalnie. Przyszedł mi do głowy jedynie pomysł o rozbiórce i przebudowie pieca. Szklista sadza, która jest efektem palenia mokrym drewnem, jest bardzo trudna do usunięcia. Ale spojrzałem na starszą Panią i wyziębiony dom. Taka przebudowa zajmuje kilka dni. Kolejnych kilka dni zimna. Spróbowałem. Czyściłem, czyściłem, czyściłem... piec, rurę kominową, komin… minęła godzina 23:30. Ręce we krwi, poranione ostrymi krawędziami sadzy i cegieł, wszystkie ubrania czarne od sadzy... W końcu możemy spróbować rozpalić ogień. Rozpaliliśmy… Wokół we wszystkich możliwych wolnych miejscach było poukładane drewno do pieca, które Jej ktoś przynosił na piętro… Płomień był leniwy, niezbyt jasny. Uchyliłem okno, żeby dostarczyć więcej powietrza do pomieszczenia. Płomień ożył… Dym przestał wydobywać się przez drzwiczki. Z każdą mijającą chwilą było lepiej…
Po chwili starsza Pani zwróciła się do mnie słowami: Panie Mareczku, Dzięki Panu będę mogła pomieszkać jeszcze rok w swoim domu, a nie w domu starców, póki jeszcze mogę sama sobie poradzić.
Dlatego to tworzę…
Marek Dycz
16-405 Żelazkowizna
tel. 509 087 318, [email protected],
fb: https://www.facebook.com/marek.dycz
