- Im bardziej poznawałem ten zawód, tym bardziej mnie wciągał. Zobaczyłem, że to nie jest tylko budowanie pieców, ale tworzenie czegoś trwałego, co będzie służyło ludziom przez wiele lat – mówi.
Miał około 18 lat, kiedy ojciec uznał, że syn jest gotowy na kolejny krok. Wysłał go do swojego pracownika – Edzia, osiemdziesięcioletniego wówczas zduna, który fachu uczył się jeszcze w przedwojennej szkole. To nie była łatwa nauka. Edzio był wymagający – wymagał odpowiedzialności, dokładności i pokory, a Bogdan był wtedy młody i zbuntowany. Nie wszystko mu się podobało. Nie zawsze rozumiał, dlaczego pewne rzeczy trzeba robić właśnie tak, a nie inaczej. Przez trzy lata uczył się jednak nie tylko techniki. Uczył się rzemiosła. Dziś, po czterdziestu latach pracy, wie, że tamten czas był bezcenny. W zduństwie nie ma drogi na skróty. Jest cierpliwość, precyzja i odpowiedzialność za to, co zostawia się po sobie. Piec nie jest rzeczą, którą tworzy się na chwilę. Ma służyć przez lata. Czasami przez pokolenia. Być może właśnie dlatego Bogdan nigdy nie potrafił myśleć o swoim zawodzie wyłącznie jak o pracy. Kiedy zachorował jego ojciec, zaczął przejmować jego zlecenia. Z czasem założył własną działalność.
Kolejnym ważnym etapem w jego zduńskiej drodze była decyzja o stworzeniu własnych palenisk zgodnych z wymaganiami Ekoprojektu. Było to drugie takie rozwiązanie na polskim rynku. Kolejne powstawały w następnych latach. Bogdan znalazł się tym samym w gronie pionierów, którzy nie korzystali wyłącznie z gotowych rozwiązań producentów. Decyzja wynikała z potrzeby niezależności i chęci zachowania wpływu na rozwiązania stosowane w jego realizacjach.
I choć od początków jego zduńskiej kariery minęły dekady, nadal mówi o zduństwie z tym samym przekonaniem. – Zakochałem się w tym i kocham to od 40 lat.
Najlepszy pomocnik
W jego zawodowej historii jest jednak jeszcze jedna osoba, bez której ta opowieść nie byłaby pełna.
Iwona. Poznali się dzięki siostrze Bogdana. Była jej znajomą. Początkowo nic nie zapowiadało, że ta znajomość przerodzi się we wspólne życie, a później także w niezwykłą zawodową współpracę. Pewnego dnia Iwona zapytała, czy może pojechać z Bogdanem na budowę. Wiedziała, że to ciężka, fizyczna praca. Nie zniechęciło jej to. - Uparła się – wspomina Bogdan. I tak zaczęła się współpraca, która trwała 16 lat. Stała się jego najlepszym pomocnikiem. Tak dobrym, że kiedyś jeden ze znajomych zdunów zapytał Bogdana: „Bogdan, jak ty to robisz, że te tynki ci nie pękają?” – była to robota Iwony. To ona potrafiła zrobić je tak, żeby były trwałe i nie pękały.
W tym samym czasie, kiedy pracowała u boku męża na budowach, studiowała psychologię. Przez 16 lat byli razem w pracy. Dzielili trud, zmęczenie, odpowiedzialność i satysfakcję z dobrze wykonanej realizacji. Potem Iwona chciała rozwijać swój warsztat psychologa.
Bogdanowi było smutno. – Nigdy nie miałem tak dobrego pomocnika – mówi. Ale w tym zdaniu nie ma żalu. Jest raczej uznanie i coś jeszcze – prawdziwa radość z tego, że Iwona mogła pójść własną drogą. Bo miłość, jak mówi Bogdan, nie polega na tym, żeby zatrzymać drugiego człowieka przy sobie.
– Chciałem, żeby była szczęśliwa i się realizowała.
Przez lata Bogdan był człowiekiem, który do wszystkiego podchodził na sto procent. Jeśli praca, to całkowite zaangażowanie. Jeśli budowa, to odpowiedzialność za każdy szczegół. Jeśli piec, to taki, który ma służyć przez lata. Iwona nauczyła go proporcji – równowagi między pracą a życiem. Bo zduństwo potrafi pochłonąć. Są wyjazdy, długie godziny, ciężka praca fizyczna, odpowiedzialność i realizacje, które trzeba doprowadzić do końca. Czasami praca trwa do późna. Czasami wymaga nieobecności. Rodzina musiała to zaakceptować. Ale Bogdan z czasem zrozumiał, że nawet najpiękniej zbudowany piec nie zastąpi wspólnego wieczoru. Że żadna realizacja nie może być ważniejsza od ludzi, którzy czekają w domu. Kiedy ich dzieci były małe, to one wyznaczały rytm codzienności. Wspólnie śpiewali i muzykowali. Dziś dzieci są już dorosłe, a Bogdan i Iwona mają więcej przestrzeni dla siebie. I wciąż są głodni życia.
Być może dlatego, kiedy Iwona znalazła warsztaty teatralne dla początkujących, poszli tam razem. Zajęcia spodobały im się na tyle, że Iwona postanowiła pójść o krok dalej i stworzyć własną grupę teatralną. Pomysł okazał się sukcesem. Dla obojga był to zupełnie nowy świat. Uczył się sceny, emocji, komunikacji i improwizacji. Razem z Iwoną uczą się także w szkole wokalno-aktorskiej. Śpiew, który kiedyś towarzyszył ich rodzinie, gdy dzieci były małe, obecnie powrócił do ich życia w nowej formie. Stworzyli własne studio nagrań, a Iwona nagrała swój pierwszy całkowicie autorski utwór. To, co kiedyś było przede wszystkim rodzinną zabawą i sposobem na wspólne spędzanie czasu, teraz stało się kolejnym wspólnym projektem i przestrzenią do rozwijania muzycznej pasji.
„Jesteśmy głodni życia”
Bogdan mówi, że z Iwoną łączy go wiele wspólnych zainteresowań i podobny światopogląd. Oboje lubią trudne projekty. Lubią się rozwijać. Lubią podejmować wyzwania. Może właśnie dlatego nie mają czasu na długie złości i spory. Zamiast tego mają próby teatralne, scenariusze, śpiew, nowe pomysły i wspólne wieczory, podczas których przygotowują się do kolejnych występów. Dziś pracują nad własnym scenariuszem do spektaklu. W przyszłości chcieliby stworzyć coś jeszcze. Może własny teatr. Może występy charytatywne w domach opieki. Bogdan cieszy się tym, co twórcze. Mówi, że dzięki teatrowi się zmienił. Lepiej się komunikuje, łatwiej wyraża siebie.
Kiedy zapytałam Bogdana, z czego jest najbardziej dumny, nie mówił o konkretnym piecu ani o jednej realizacji. Mówił o wierności temu, co robi. O tym, że nigdy nie szukał dróg na skróty. Że chciał uczciwie pracować i zostawiać po sobie rzeczy, które będą służyły ludziom przez długie lata. Jest dumny z rodziny, którą wspólnie z Iwoną stworzyli. I z tego, że po latach ktoś może powiedzieć o nim, że jest dobrym zdunem i porządnym człowiekiem.
To dla niego największe wyróżnienie. Może dlatego, kiedy mówi o spokoju, nie wskazuje konkretnego miejsca. – Kiedyś wydawało mi się, że spokój to miejsce. Dziś wiem, że to stan głowy. Spokój jest wtedy, kiedy nie trzeba niczego udawać. Kiedy można zrobić swoją pracę najlepiej, jak się potrafi. Wieczorem usiąść z żoną, pośmiać się albo pojechać na próbę do teatru. Kiedy można po prostu być bez udowadniania czegokolwiek.
Gdyby mógł porozmawiać z samym sobą sprzed trzydziestu lat, powiedziałby: nie spiesz się. Wszystko przyjdzie we właściwym czasie. Nie każda porażka jest końcem. Czasami to właśnie ona uczy najwięcej. Trzeba dbać o ludzi, którzy są obok, bo żadna praca nie zastąpi rodziny. Najcenniejsze rzeczy buduje się powoli – Piece. Zaufanie. Relacje.
A Bogdan i Iwona? Może właśnie dlatego wciąż są razem w drodze. Bo choć przez lata zmieniały się ich role – od wspólnej pracy na budowie, przez wychowanie dzieci, aż po teatralną scenę – nie zmieniło się jedno – nadal są ciekawi, nadal próbują, nadal tworzą. Są głodni życia.
