Reklama

ZDUŃSKIE OPOWIEŚCI Z POMORZA: Chatka z bajki, a w niej piec

Dawno, dawno temu… za górami, za lasami… na środku polany stała tajemnicza chatka… Tak mogłaby zaczynać się ta opowieść. I nikt, oglądając dom Bartosza Podgórskiego, nie wyrzekłby się bajkowych skojarzeń. Sześć lat temu na podarowanej od rodziców działce budowlanej, na popularnym w Szczecinie pobliskim Mierzynie, zaczął powstawać dom, któremu bliżej do Shire z twórczości J. R. R. Tolkiena niż do sąsiednich, tradycyjnych „parterówek”, różniących się tylko kształtem dachu czy kolorem elewacji.
ZDUŃSKIE OPOWIEŚCI Z POMORZA: Chatka z bajki, a w niej piec
Chatka z bajki, a w niej piec

Dawno, dawno temu… za górami, za lasami… na środku polany stała tajemnicza chatka…
Tak mogłaby zaczynać się ta opowieść. I nikt, oglądając dom Bartosza Podgórskiego, nie wyrzekłby się bajkowych skojarzeń. Sześć lat temu na podarowanej od rodziców działce budowlanej, na popularnym w Szczecinie pobliskim Mierzynie, zaczął powstawać dom, któremu bliżej do Shire z twórczości J. R. R. Tolkiena niż do sąsiednich, tradycyjnych „parterówek”, różniących się tylko kształtem dachu czy kolorem elewacji.

Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej KOMINKI.ORG.


Przy ulicy Topolowej, w drugiej linii zabudowy, ujrzymy pobłogosławiony przez Arcybiskupa Krymu Herkulana prawdziwy skarb architektoniczny, z organicznie pofałdowanym dachem, z wystającymi nieregularnymi, rozszerzającymi się do góry kominami, lukarnami w kształcie oka i wysokimi drzwiami z charakterystyczną ikoną. Po zapukaniu do drzwi, otworzy je nam blisko czterdziestoletni jegomość w charakterystycznych, jakby dziewiętnastowiecznych okularach, z brodą rosyjskiego popa, a w tle usłyszymy nastrojową muzykę poważną, towarzyszącą budowie już od wbicia „pierwszej łopaty”.
Bartosz z zawodu jest architektem, ale serce skłania ku sztuce: rysuje i maluje (wystawy prac odbywały się w Szczecinie, Gdańsku, Krakowie i Świnoujściu). To właśnie w jego sercu, w głębokim wnętrzu i wykształconej głowie, narodził się projekt domu, który z marzenia, przez makietę, a później papier, stał się realnym cudem, w którym niedługo razem z żoną Anną zamieszkają.
Zaczęło się niewinnie, bo jak przystało na artystę, Bartosz nie miał oszczędności na realizację swoich planów. W grę nie wchodziły kredyty, zostały więc materiały rozbiórkowe. Była chęć, determinacja i wiara. Było wsparcie najbliższych i pomoc teścia, Romana Wójcigi, który ostatnie lata swego życia, odchodząc w grudniu 2010 roku, poświęcił swoim dzieciom, pomagając przy budowie. Połączyła ich przyjaźń i głęboka miłość, o której Bartosz wielokrotnie wspomina, niekiedy ocierając łzy. Nie wysyłał projektów, nie negocjował wysokości rabatów, nie podpisywał umów i nie oceniał kwalifikacji robotników. Wziął inicjatywę we własne ręce… Cegłę, pochodzącą prawdopodobnie z XVII wieku, zdobył rozbierając XIX-wieczną kamienicę na szczecińskim Niebuszewie, belki stropowe pochodzą z przedwojennego warsztatu położonego przy Odrze, dachówka rozbiórkowa z Pogodna, a szyby hartowane leżały kilka lat za jakąś fabryką. Wiele materiałów przewoził Renault 4 z 1978 roku, inne na ramie blisko pięćdziesięcioletniego roweru marki Miele, a część zwyczajnie pod pachą.
Na początku do pracy brał emerytowanych murarzy. Nauczywszy się od nich podstaw, resztę kontynuował razem z teściem. Przez te kilka lat robili więźbę dachową, kładli oczyszczoną dachówkę, stawiali ściany, adaptowali poddasze i montowali okna. Teraz umie już zbroić, tynkować, szpachlować i spawać.
Dom Bartosza ma około 170 m2. Wszędzie dominują obłe kształty, jest tylko jeden kąt prosty, jak mawia autor, dla „maruderów”. Na parterze jest olbrzymi salon połączony z widną kuchnią, a w kącie jadalnia. Jest tam też łazienka z wyjątkową kabiną prysznicową w kobiecych, ponętnych kształtach z wizjerem na jedynej, tzw. właściwej wysokości. Na poddaszu mamy otwartą, doświetloną przestrzeń, a w planach niewielką łazienkę oraz garderobę. Nasz autor nie zapomniał również o garażu, w którym swoje miejsce znajdzie leciwy ukraiński motocykl Dniepr. Do zamieszkania zostało jeszcze kilka miesięcy, a Bartosz dzięki pomocy swoich rodziców właśnie kończy instalację elektryczną i tynkuje ściany. Pozostały jeszcze posadzki, schody i malowanie.
Do nowego domu są już przygotowane niezbędne elementy. Z dawnego mieszkania przyjadą meble, książki oraz wiekowa „koza”. Z „nowości” będzie stół, który w rzeczywistości jest połową wielkiej szpuli od kabli elektrycznych, witrynki i lampy pochodzące ze starego gabinetu lekarskiego, cudeńka ze złomowisk oraz, oczywiście, huśtawka. W całym domu wszystko koncentruje się wokół pieca, który jest głównym bohaterem naszej opowieści.
Przypomnijmy sobie teraz nasze dzieciństwo i dawne bajki opowiadane przez babcie. Historie, w których nasze postacie śpią na piecu, a także opowiadania dziadków o tym, jak dawniej wędzono kiełbasy i ryby w kominie, jak suszono grzyby czy podgrzewano strawę w „dochówce”, i zapach dawniej pieczonego, domowego chleba.  To wszystko znajdziemy tu, w jednym miejscu, w chatce, jak z bajki, z tym, że autor żyje w XXI wieku.
Przez to, że piec jest widoczny z każdej strony, życie w tym nietuzinkowym domu będzie się toczyć wokół niego i wokół ognia. Tak jak w mitologii greckiej najpracowitszy wśród bogów Hefajstos zaczynał swój dzień od rozpalenia ognia, taka też będzie powinność Bartosza w chłodne dni. On od początku wiedział, czego chce. Wykorzystując swoją wyobraźnię, wrażenia z orientalnych miejsc, które odwiedził, kilkuletnie doświadczenie z ogniem z poprzedniego domu oraz podręcznikowe szkice pieców z terenów wschodniej Europy zaplanował i przy wsparciu autora artykułu zupełnie samodzielnie zrealizował. Na początku nie było łatwo. Wyimaginowaną bryłę pieca i funkcje grzewcze trzeba było połączyć z możliwościami technicznymi, z zasobnością portfela oraz umiejętnościami manualnymi. Trwało to kilka miesięcy, ale cierpliwość, wiara i pracowitość się opłaciła.
Efekt końcowy przerósł nawet Budowniczego… Powstała hybryda, która z jednej strony jest niczym z bajki, a z drugiej profesjonalnym, wielofunkcyjnym urządzeniem grzewczym, które zaspokoi potrzeby cieplne i wizualne.
Jest to piec zbudowany tradycyjną metodą zduńską, przy wykorzystaniu najnowocześniejszych materiałów w postaci płyt szamotowych, klejów, siatki i tynku glinianego, umożliwiający akumulację wytworzonego ciepła i oddawanie go przez stonowane promieniowanie.
Jest to piecokominek, który daje radość z widoku ognia zarówno za zamkniętymi, harmonijkowymi drzwiczkami wkładu kominkowego Jøtul I18 Panorama, jak i bezpośredni kontakt z ogniem po ich otwarciu.
Jest to piecokominek, który jest w stanie ogrzać parter oraz poprzez specjalny kanał, przy wykorzystaniu zjawiska konwekcji, także całe poddasze.
Jest to piecokominek, który poprzez system specjalnie ukierunkowanego przepływu spalin i wymurowanych kanałów szamotowych, w postaci bocznej ławki przykrytej skórą z renifera kupionej przez teścia od prawdziwych Saamów na bazarze w Helsinkach, jest w stanie poza spełnianiem funkcji grzewczej dawać nieocenioną przyjemność przy spoczynku lub drzemce.
Jest to piecokominek, w którym dzięki zastosowanym materiałom można w kawiarce („dochówce”) podgrzewać jadło, wino lub suszyć owoce.
Jest to piecokominek, który jest zintegrowany z tradycyjną kuchnią na dwie fajerki, w której można palić drewnem i węglem, a która będzie służyć Annie w rozwijaniu fantazji kulinarnych.
Jest to piecokominek, który jest połączony z niewielkim piecem chlebowym, który już spełnił swoje przeznaczenie podczas pieczenia pizzy, a w przyszłości będzie wykorzystywany częściej i w szerszym zakresie.
Jest to piecokominek, który dzięki wbudowanemu w górnej części czopucha żeliwnego grzejnika oraz wykonaniu właściwej instalacji i zabezpieczenia, jest w stanie zaspokoić potrzeby mieszkańców w zakresie ciepłej wody użytkowej oraz wsparcia systemu ogrzewania podłogowego.
Jest to piecokominek tak pomyślany, że w górnej części komina posiada otwór z hakami, w którym będzie można wędzić ryby i wędliny.
Ale jest to przede wszystkim piecokominek, który w zakresie swojego wyglądu trudno porównać z innym. Jest tak charakterystyczny, tak „odjechany”, że zarówno jego Budowniczy, jak i autor artykułu jeszcze niejednokrotnie spotkają się przy czerwonym winie i oddadzą dysputom filozoficznym.
Jest to piecokominek, który posiada „duszę”, który oddaje hołd Bartoszowi, który da radość z życia, który jest spełnieniem marzeń, który jest wielkim zduńskim dziełem, który jest sercem nowego domu…

Mówi Bartosz Podgórski:


Pytanie o „tradycję” w Szczecinie jest bardzo zasadne… Wystarczy cofnąć się o kilkadziesiąt lat i już robi się smutno. Awangarda jest przecież ekstremalną i tak bliską mi formą tradycji. Więc co tu począć? Z powodzeniem przychodzi tu anegdota z filmu „Miś” o nowej świeckiej tradycji… Studiowanie rosyjskiej literatury w zakresie zduńskich wynalazków oraz pieców z rejonu Podlasia podsycało tylko moją chęć działania. Im bardziej chciałem iść naprzód, tym bardziej śniły mi się rosyjskie bajki o księciu, który jeździł do swojej wybranki na piecu chlebowym. W zasadzie w podobny sposób pojawił się w moim życiu Maciej Burdzy, którego rodowód pięknie się wpisuje w ten etniczny „koktajl”, jakim jest mój dom: rumuńsko-rosyjsko-podlasko-siedmiogrodzki. W tej bajce zdun-Burdzy był też czarodziejem, a ja jego zdeterminowanym uczniem. Tak powstał piec jako centralne wydarzenie wewnątrz całego domu. On tu organizuje funkcje… Oprócz funkcji grzewczych, ma tę jedną, niepowtarzalną – „ciepło teologiczne”, które wydobywa się z mosiężnej ikony, umiejscowionej w centralnej części pieca. To ciepło ogrzewa całe miasto. Nowa świecka tradycja?

Artykuł został wcześniej opublikowany w "Świecie Kominków" 2/3(32)2012



Oceń

Reklama
Reklama